Etap z Krempnej do Baligrodu to prawdziwy mamut - 95km. Do tego wcale nie prowadził płaskim terenem i po drodze wbijał się w ciemne lasy Beskidu Niskiego, gdzie Słońce nie dochodzi nigdy, a głębokie błotniste kałuże zalegają tygodniami nawet w czasie suszy.
Przed startem – jeszcze wczoraj nabiliśmy opony do maksymalnego ciśnienia – 4 atm. Zrobiliśmy z nich po prostu gumowe kloce twarde jak młotek. To miało nam zapewnić bezpieczeństwo jeśli chodzi o łapanie kapci. Tego po prostu nie da się dobić na kamieniach. Ceną za tak koszmarne ciśnienie jest fatalna trakcja opony - zero amortyzacji. Tak, że czuje się każdą nierówność asfaltu pod obolałym tyłkiem. Mimo wszystko to najlepszy sposób na naszą fatalną passę z laczkami.
Etap zaczął się tradycyjnie podjazdem i kilkukilometrowym przejazdem honorowym po ulicach Krempnej (to mocno powiedziane jak wieś składa się z dwóch ulic i jednej knajpy). Potem nastąpiło wbicie w las na efektowną ścieżkę ograniczoną głębokimi koleinami. W zeszłym roku opony tańczyły tam breakdance’a w paskudnej mazi, dziś teren był prawie całkiem suchy i jedynie gałęzie leżące na szlaku przeszkadzały kręcić powolnego młynka pod górę.
Po 14 kilometrach pojawiła się pierwsza możliwość sensownego zjazdu z sugerowanej trasy (na Transcarpatii organizator zaznacza różową kreską na mapie najciekawszy – niekoniecznie najszybszy wariant). Jak to w Beskidzie, nieoznakowana ścieżka okazała się przeprawą przez pokrzywy, zwalone pnie i stare koleiny po zrywce drewna. Znalazło się nawet konkretne błoto, które zakleiło mi buty niczym krówka ciągutka. Na asfalt do Dukli wypadliśmy obwieszeni liśćmi i solidnie przybrudzeni. Wariant okazał się niewypałem. Mimo skrótu traciło się około 2 minut.
Jednak kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Jakieś 10 km dalej czekał kolejny skrót po lokalnych ścieżkach i polach. Tym razem wyprowadził nas gładko do przodu, tak że przed najciekawszym fragmentem – szlakiem po Bukowicy bylismy czwartym zespołem.
Czerwony szlak na Bukowicy. Słuchajcie! To jest po prostu bajka! Wąska ścieżka wijąca się po grzbiecie, schodząca łagodnie w górę i w dół. Setki delikatnych zakrętów, szybkie zjazdy bez kamieni, skoki nad pniami, krótkie podjazdy które można pokonać samym rozpędem, a wokół piękny bukowy las. Przez 10km nie czuliśmy niemal zmęczenia tylko w transie cięliśmy przestrzeń. Po drodze jeszcze podzieliliśmy się skuwaczem do łańcucha i spinkami z zespołem, który miał pecha i rozkraczył się na szlaku.
Więc szutrówą do bufetu gnaliśmy już na 3 miejscu. Zostało jakieś 30km do mety, z czego większość to asfalty (w Beskidzie mają własną definicję asfaltu – czasem trudną do odgadnięcia). Nie pozostało nic innego tylko sprężyć się w sobie i nie dać minąć zespołom czającym się za plecami (potencjalnie mogła się tam czaić nawet setka ekip). Na 10km przed metą w Baligrodzie słowo ciałem się stało. Dogonili nas wielkołydkowi Francuzi. To taki team, który wygrywa tu każdy etap bez wariantów, a jak ma pomyśleć to potrafi się zamotać nawet na godzinę. Jechali nam na kole przez jakiś czas i karmili się nawigacją Piotrka. Podjazdy robili na stojąco błyszcząc karbonowymi ramami i świeżo goloną i naoliwioną łydą. Ten widok słabo przystawał do sielskiego krajobrazu ze snopkami siana i starymi traktorami na drodze.
Gdy do mety zostało tylko kilka zakrętów i jakieś 3km, postanowiliśmy wdrożyć wredny plan objechania frankofonicznych mięśniaków (Pozdrawiamy!).
Puściliśmy ich przodem na ostatnim wariancie. Do finiszu można było dojechać dwoma niemal równorzędnymi wariantami. Więc gdy tylko oni znikli za prawym zakrętem, my pognaliśmy ile sił w lewo. Tam daliśmy z siebie wszystko (słychać było od nas sapanie, charczenie, a z czach leciał dym). Finalnie objechaliśmy francuzów o 20 sekund.
Więc dzisiaj miejsce na pudle!!
95 km etap okazał się bardzo szybki. Głównie za sprawą małych opadów, które oszczędziły pchania rowerów po legendarnych błotach Beskidu Niskiego. W suchych warunkach też znacznie lepiej spisuje się sprzęt i mniej zespołów wraca z urwanymi hakami czy przerzutkami. W sumie każdy, kto skończył pierwsze 5 etapów, nie miał problemu z dojechaniem do Baligrodu (no może z wyjątkiem pechowca, który złamał kość strzałkową i zamiast na metę trafił do szpitala).
Im dalej w trasie tym mniej korzystam z pulsometru. Dziś minimalne tętno po przebudzeniu wyniosło 50 ud./min. czyli o 6 więcej niż pierwszego dnia. Natomiast maksymalne w czasie finiszu wspięło się zaledwie na 172 ud./min. Zmęczenie odbija się na mnie mocno. Normalnie w czasie treningów takie tętno mogę utrzymywać przez całą drogę i czuć się dobrze. Pasek od pulsometra dziś jeździł pod plecakiem i nieco denerwował, na szczęście nie poobcierał.
| Autor | Wątek |
|---|





