Trzeci etap Transcarpatii mimo, że nie zawierał gigantycznej porcji błota i kamieni był jednym z ładniejszych. Przede wszystkim pod względem widokowym. Zaczęło się jak zwykle od podjazdu. Tym razem celem peletonu ruszającego z Kościeliska, był stok Gubałówki.
Potem, pomknęliśmy bocznymi asfaltami przez Gilczarów Górny (nie bez powodu zwany Górnym - podjeżdżające ekipy zostawiły całe litry potu na drodze). Stawka szybko się porozciągała, ze względu na wiele niuansów nawigacyjnych duże przewyższenia, które nie sprzyjały formowaniu się grupek.
Gdy ocknęliśmy się ze startowego amoku, po pierwszej godzinie ścigania okazało się, że ciśniemy niedaleko czołówki i mamy jeszcze parę oddalać się od goniących nas zespołów (na serpentynach można było dokładnie obejrzeć sytuację. Na kilka minut wstecz i wprzód). Znów ścigaliśmy się z tymi samymi przeciwnikami – w okolicach pierwszej 10.
Im bliżej Pienin (ich szczyty majaczyły dłuższy czas na horyzoncie), tym bardziej zostawaliśmy sami. Właściwie całą drugą połówkę 80km dystansu przejechaliśmy samotnie. O ile w czasie jazdy po błotnistych szlakach i szybkich szutrówkach przy granicy nie sprawiało to problemu, o tyle 20 km asfaltu bez możliwości wzięcia zmiany od innego zespołu dało się nam we znaki. Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć Zalew Czorsztyński, kawałek słowackiej strony Pienin, a także przejechać super drogą wzdłuż przełomu Dunajca. Widziałem ją mnóstwo razy będąc po stronie polskiej, ale nigdy nie miałem okazji nią przejechać. Wierzcie mi. Na rower jest idealna. Bez kamieni, podjazdów czy dużego ruchu. Prowadzi nad samiutką rzeką, a tuż obok przepływają łodzie flisaków i bielą się skaliste wapienne zęby...
Mimo sporego zmęczenia gnaliśmy na złamanie karku starając nie dać się dogonić kolejnym zespołom, które wiadomo że kręciły się gdzieś tuż za naszymi plecami. To był czysty ogień. Piotrek ciągnął 35km/h zwalniając jedynie na ostrzejszych zakrętach. Ja za nim trzymałem ciasno koło i próbowałem dać mu odpocząć od czasu do czasu (choć zwykle kończyło się to ostrym bólem w mięśniach już po minucie). Czasem krzyczeliśmy na przechodniów, by odsunęli się nieco w bok, bo mieliśmy impet jak ciężarówka. Ciężko nas było zatrzymać i ciężko by było znów tak rozbujać.
Na metę wpadliśmy po 3h 52min. Jako czwarci. Przed nami był tylko zestaw trzech współpracujących ze sobą mocnych zespołów. Jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego rezultatu (wszak na mecie zameldowało się 90 załóg), ale postaramy się jeszcze docisnąć i spróbować wbić na podium!
Teraz już kładę się spać. Mimo krótkiej jazdy czuję narastające zmęczenie. Mięśnie nie zginają się tak dobrze jak pierwszego dnia. Czuć też obite kolano. Tętno poranne pozostaje w normie – 44ud./min. Natomiast na podjazdach nie udaje mi się zmusić by przekroczyć 176 ud./min. Cateye wreszcie działa jak powinien. Pokazał średnie tętno 155. I niech tak zostanie.
Jutro czeka nas prawdziwie górski etap do Krynicy. Większość niezbyt skomplikowanej trasy stanowią szlaki turystyczne, przejazdy po grzbietach grzbietach krótkie pchanie roweru pod górę. A na sam koniec jak wisienka na torcie – zjazd z Jaworzyny Krynickiej do mety.
| Autor | Wątek |
|---|




