Drugi etap Transcarpatii liczył sobie ponad 80 km i w porównaniu z hard-core'ową inauguracją, był dosyć szybki.
Odbywał się prawie w całości po słowackiej stronie Beskidów. Najszybsze Zespoły uwinęły się w niecałe 5h z odcinkiem 80km.
Zaczęło się oczywiście od podjazdu (domeną tego wyścigu są starty z miejscowości w dolinach i mozolna wspinaczka na otaczające je szczyty).
Droga najpierw asfaltowa szybko zmieniła się w kamienistą, a później w wąską ścieżkę, ledwie widoczną na tle otaczających krzaków. W ten sposób dotarliśmy na granicę, z której po chwili wahania spadliśmy w dół słowackiej ziemi. To był pierwszy wariant nawigacyjny - gdyż ścieżka została zaorana przy okazji wyrębu i stała się niewidoczna ze szlaku. Kto wybierał krótszy wariant prosto w dół (zamiast jechać do najbliższego przejścia granicznego) ryzykował, że będzie musiał znosić rower na plecach.
Na szczęście znalazła się jedna szeroka lecz błotnista droga pełna śladów po maszynach leśnych. Jechać nią było ciężko (sam dwa razy przeleciałem przez kierownicę na jej wertepach), ale wariant okazał się szybszy.
Gdy dotarło się na dół. rozpoczynał się szmat asfaltu ciągnący przez niemal 50km. Najpierw tańczył w górę i w dół, by wreszcie uspokoić się i przemknąć wzdłuż Zbiornika Orawskiego.
Jeżdżenie po asfalcie rządzi się innymi prawami niż telepanie w górach. Tu, kto nie załapał się na mocną grupę, lub złapał awarię, ten miał kłopoty. Nam na szczęście trafiła się solidna ekipa za którą ledwo trzymaliśmy koło. Prędkości mocno przekraczały 30km/h, choć wiatr delikatnie wiał w twarz.
Zwieńczeniem etapu był podjazd na Polską granicę pod Magurę Witowską (Polecam wszystkim żółty szlak z Suchej Hory). Świetny, długi delikatnie wznoszący się szlak prowadzący przez pola i lasy. Tuż pod szczytem nastąpiło małe zamieszanie i mogliśmy obejrzeć czołówkę wyścigu, która poszukiwała punktu.
Stamtąd wystarczyło zjechać błotnisto-kamienistą drogą do Kościeliska by cieszyć się ukończeniem etapu na mocnej pozycji.
My wybraliśmy inny wariant. Goniąc prowadzących oczywiście złapaliśmy flaka (wymiana dętki w błocie nie należy do najprzyjemniejszych). Finalnie do mety dotarliśmy w okolicach 8-9 pozycji tracąc do liderów niespełna 10 minut.
W zeszłym odcinku pisałem o moim testowanym pulsometrze Cataye. Żyje i ma się dobrze. Do jego paska mocuję chipa Sportident, służącego do potwierdzania obecności na punktach.
Moje serducho już nie tak chętnie zmusza się do szybkiego trzepotania. Na pierwszym podjeździe mimo wielkiego sapania, doszedłem jedynie do 182ud./min. , a średnie tętno wyniosło 155ud./min. Ciekawe że w czasie jazdy w peletonie, gdy odpoczywałem schowany za plecami zawodników, udawało mi się jechać z tętnem 130 ud./min. Spróbujcie to zrobić biegając. Dla mnie taki puls odpowiada szybkiemu marszowi 
| Autor | Wątek |
|---|





